„Dom z dwiema wieżami” (Wydawnictwo Karakter) to w dużej mierze rzecz o przemilczeniach i niedopowiedzeniach, które odcisnęły piętno na kolejnych pokoleniach – zarówno w mikrokosmosie rodziny autora, jak i w społecznej makroskali.

Ta specyficzna kronika rodzinna, wyzbyta nostalgii w typowym znaczeniu, wzruszająca bez ckliwości, intymna i refleksyjna, ale pozbawiona ekshibicjonizmu, opowiedziana subtelnym językiem, płynnie przechodzi w reportaż historyczny i drobiazgowo znaczy mapę Szoah, beznamiętnie wyliczając kolejne śmierci, zlikwidowane getta, masowe groby w lasach. Poświęcając wiele miejsca i niejako składając hołd ludziom, których odwaga lub poświęcenie uratowały jego rodzinę, Bielawski jednocześnie metodycznie odsłania oślizgłe i lepkie karty polskiej historii – również te mniej znane i pomijane: kampania ukraińska z 1919 r., getto ławkowe, „paragraf aryjski” z 1937 r., polityczne i medialne reakcje na Noc Kryształową, stanowisko polskiego Kościoła w sprawie prześladowań Żydów, pogrom lwowski. W refleksji nad korzeniami polskiego antysemityzmu (czy też „antysemityzmu w Polsce”) szczególnie pochyla się nad Marcem ‘68. Podobnie jak Grynberg w „Księdze wyjścia” (której bohaterami również były pierwszoplanowe postacie życia autora – rodzice), rysuje obraz tamtych zdarzeń w detalach osobistych dramatów osób dotkniętych systemową podłością i perfidią. To ważne, ponieważ kolektywna pamięć o kampanii antyżydowskiej często pozostaje właśnie w niedomówieniu, nierzadko sprowadzającym się do jednego zdania: „wyjechali w 1968 r.” Bielawski rzuca światło na przyczyny takiego stanu rzeczy – ciężko pohamować złość, wstyd i odrazę, czytając relacje ludzi, którzy po raz kolejny stają obiektem nagonki, doświadczają stygmatyzacji i selekcji, a ograbiani zarówno z dorobku życia, jak i ze złudzeń, rzadko spotykając się z przejawami współczucia, buntu i zażenowania rodaków wobec takiego traktowania. Łatwiej też pojąć niechęć części ówczesnych świadków do powracania do tych wspomnień – tak samo milczy się o nazwiskach wydrapanych na ścianach spalonych budynków, o różnych „aktach darowizny” podpisanych na przełomie lat czterdziestych, anonimowych listach i wielu innych sprawach.

Podobnie jak u Eribona, wyjeżdżający cierpią z powodu rozdartych tożsamości, jednak w tym przypadku nie jest to kwestia świadomego wyboru, tylko przemoc zadana gwałtem. Pozbawienie ojczyzny i wykluczenie ze wspólnoty skutkuje dychotomią „my/oni”, rozgoryczeniem i żalem, wciąż żywym – czemu autor daje wyraz, jednocześnie wkładając sporo wysiłku w to, by rozliczeniowy ton książki nie sprowadził jego narracji wyłącznie do litanii krzywd i oskarżeń – „Dom…” to przede wszystkim ogród pamięci – nie pomnik, niewiele tu brązu i spiżu – o zapomnianych i unicestwionych, o tych, którzy nie mają nawet nagrobka, których nikt nie opłakiwał.
Rozliczanie przeszłości nie przynosi ukojenia, lecz jest niezwykle ważne, jeżeli pragniemy uniknąć powtórki tak koszmarnego scenariusza. „Nic nie jest z góry przesądzone, ale wszystko się ze sobą wiąże” – w kontekście obecnych zdarzeń, na polskich ulicach i nie tylko, to zdanie wybrzmiewa szczególnie. Starając się dotrzeć do źródeł antysemityzmu autor kreśli esej o korzeniach polskiego nacjonalizmu, społecznych podziałach oraz narodzinach i ewolucji opcji politycznych – cenne zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że Zaremba-Bielawski pochodzi z rodziny szlacheckiej o rycerskim rodowodzie sięgającym średniowiecza, wręcz przesiąkniętej tradycją herbową.

W tle opowieści wciąż gdzieś pobrzmiewa „gdyby…” – pytanie o stracone szanse i alternatywne scenariusze: zarówno w kontekście osobistych przeżyć autora naznaczonych decyzją o emigracji, historii rodzinnej, gdzie niejednokrotnie o przeżyciu decydował łańcuszek przypadków i łutów szczęścia, ale też na tle historycznym i społecznym, kiedy Bielawski zastanawia się nad przyczynami zjawisk, które doprowadziły do Zagłady, a następnie Marca, a których echa – niestety – wciąż słychać zdecydowanie zbyt głośno.

Wracając do historii rodzinnej, stanowiącej trzon książki – nie sposób pominąć znakomicie poprowadzonej dwutorowej narracji. Jednoczesne śledzenie wojennych losów rodziców autora na dwóch planach ukazuje jaskrawy kontrast między ich przeżyciami. Podczas gdy Lila walczy o przetrwanie i niemal codziennie ociera się o śmierć, oflagową rzeczywistością Oskara rządzi Paragraf 22 – skargi do komendanta obozu na brak cytrusów, teatr obozowy i sprowadzone z Paryża kosmetyki dla mężczyzna udających aktorki, gazeta z obozowej drukarni relacjonująca bokserskie pojedynki, sklep pełen luksusowych towarów i niedostępny dla ludzi z zewnątrz niczym Pewex, strażnicy wyszukujący niedopałki po przejściu kolumny jeńców i handlujący z nimi wewnętrzną walutą wartą więcej niż niemieckie marki i wiele, wiele innych dziwacznych, absurdalnych, niebywałych zdarzeń. „Archipelag Oflag” to miejsce tak groteskowo odrealnione (i do dziś skrywające wiele tajemnic), że z trudnością przychodzi uwierzyć, że istniało naprawdę (gdyby Wes Anderson postanowił nakręcić film na tej kanwie, historie o turnieju brydżowym na świeżym powietrzu i poszukiwaniach radia przez gestapo i Abwehrę mogłyby spokojnie wejść do scenariusza bez najmniejszych modyfikacji).

Opowieść Bielawskiego to niezwykła kompilacja: dziennik osobistych przeżyć, saga rodzinna, wojenna kronika i esej społeczny, gdzie sugestywne obrazy przeplatają się z chłodną i rzeczową analizą, absurd i groteska ustępuje miejsca wstrząsającym relacjom z Zagłady, wspomnienia mieszają się z raportami z archiwów. Autorowi (oraz tłumaczowi, Mariuszowi Kalinowskiemu, również laureatowi Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego – za najlepszy przekład) udało się w sposób wybitny zapanować nad tak skomplikowaną i niejednorodną materią, tworząc spójny i poruszający przekaz – do tego w wielu miejscach brzmiący niepokojąco aktualnie – potężny ładunek wiedzy i emocji.

 

„Dom z dwiema wieżami”, Maciej Zaremba-Bielawski, przekład Mariusza Kalinowskiego, Wydawnictwo Karakter, 2018

Tags:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *