Czego tu nie ma – hipisowska dystopia, szalejąca pandemia, Bildungsroman i koheletyczne rozważania nad przemijaniem i odchodzeniem.

Zacznijmy od tytułu. Tęsknota za nieuchwytnym, nieosiągalnym Edenem jest niejako wpisana w kondycję ludzką. Bezpieczne miejsce, beztroski czas, bliskość z drugim człowiekiem, „et in Arcadia ego” – w końcu wszyscy mamy swoje małe raje, które bezpowrotnie tracimy na wiele sposobów; bywa, że wygania nas z nich własna głupota, słabość czy tchórzostwo, czasem dzieje się to wskutek działań i decyzji pozostających poza naszą kontrolą, a często też nieuchronnie opuszczamy je w procesie dorastania i dojrzewania.

Ów topos stanowi oś powieści Groff, opisującej narodziny, rozkwit, zmierzch i upadek – cały cykl życia – zamkniętej społeczności (a także jej poszczególnych członków) i jest to gorzka pigułka dla wszystkich uwiedzionych mitem idyllicznej egzystencji w komunie kontestującej cywilizacyjne zło tego świata. Naiwna wizja harmonijnej sielanki nieskażonej konsumpcjonizmem roztrzaskuje się o trudy codzienności i nie wytrzymuje próby czasu. W założeniu bezpieczna przystań – oparta na wzajemnej pomocy, zaufaniu i sprawiedliwym podziale dóbr i zadań uwzględniającym potencjał i potrzeby każdego człowieka – pod gładką powierzchnią skrywa ubóstwo, konflikty, pracę ponad siły i hierarchiczność zbudowaną na tradycyjnym podziale ról (również płciowych) oraz niesprawiedliwie przyznawanych przywilejach. Co ciekawe – mimo, że autorka obnaża słabości wspólnoty i rozprawia się z bukolicznym wizerunkiem, udaje jej się uniknąć moralizatorskiego tonu. Wyciągnięcie na światło dzienne brudnej i poszarpanej podszewki nie ma na celu udowadniania łatwej tezy o złu czającym się w tytułowej Arkadii, piętnowania jej sekciarskiego charakteru czy nieetycznych i niemoralnych (wręcz przestępczych) praktyk – chodzi raczej o zwrócenie uwagi na fakt, że wspólnota nie miała prawa przetrwać w tym kształcie, ponieważ jej funkcjonowanie oparte było wyłącznie na porywach serca, dążeniu do przeżywania radości i wzniosłości; portretowana społeczność nie była w stanie na dłuższą metę znieść uciążliwości dnia powszedniego, bronić się przed zagrożeniami z zewnątrz i rozwiązywać problemów wewnątrz, przewidywać konsekwencji podejmowanych decyzji ani zapobiegać skutkom swego niekontrolowanego rozwoju. Ważny jest tu również wątek mitologizowania własnej przeszłości, na której nierzadko opieramy tożsamość, co nieuchronnie doprowadza do potężnego kryzysu, kiedy mechanizm wyparcia przestaje działać.

Podobnych „ważnych kwestii” jest cała masa – niestety za wiele, aby dać im wystarczająco dużo przestrzeni i odpowiednio rozwinąć. Motyw przemijania i odchodzenia (epoki, ale też bliskich osób), choroby i śmierci, cierpienia po stracie (i doświadczania w związku z tym niezrozumienia i poczucia wyobcowania), eskapizmu i nieprzystosowania – każdy z nich to temat na odrębną historię, skondensowane w jednej powieści nie mają tak naprawdę szansy w pełni zaistnieć. Stąd niedokończone wątki: urwane, wiszące luzem, niedbale splecione – zbyt wiele tu fabularnych mielizn i dziur, czego rezultatem jest chaos, który – w przeciwieństwie do fascynująco szarpanej narracji drugiej powieści Groff – nie sprawia wrażenia zamierzonego zabiegu.

W arkadyjskiej opowieści jest też mnóstwo klisz, warstwa symboliczna chwilami bardzo niebezpiecznie ociera się o banał, a miejscami staje się wręcz nachalna i okrutnie sztampowa (długowłose kobiety o pełnych piersiach i obfitych biodrach, mądra, stara wiedźma z wilkiem u boku i mój absolutny faworyt: silny mężczyzna rozdeptujący grzechotniki w newage’owym raju – możliwe, że na jakimś meta poziomie wszystko to miało za zadanie oddać naiwność utopijnej mrzonki wspólnego życia przyświecającej ojcom-założycielom i matkom-założycielkom Domu Arkadii, jednak w dalszym ciągu natężenie kiczu zbyt często przekracza dopuszczalne normy).

Zgrzyta również kreacja Lutka, głównego bohatera – percepcja dorosłego już w wieku wczesnodziecięcym, nadzwyczajna empatia i wyjątkowa wrażliwość przy jednoczesnej zaskakującej niekompetencji w relacjach rodzinnych i społecznych w wieku dorosłym nie składają się na spójny obraz postaci, nawet kładąc to na karb specyfiki środowiska i obciążeń w relacji z rodzicami i innymi członkami zbiorowości.

Natomiast jest jedna rzecz, która absolutnie nie zawodzi – język. Emotywny, synestezyjny, prosto z trzewi, pulsujący barwami, zapachami, smakami, pozwala całkowicie zanurzyć się w życiu mieszkańców Arkadii. Do tego przebogaty wachlarz środków stylistycznych i niesamowita lekkość w operowaniu nimi.

Niestety, to za mało. Na dodatek zupełnie nieprzekonujące jest również rozwinięcie osobistej historii głównego bohatera w nowojorskim rozdziale powieści – brak pogłębionej relacji między postaciami być może jest celowym zabiegiem, gdyż Lutek żyje głównie w świecie ułudy, fantazji i własnych tęsknot, oczekiwań, lęków i wyobrażeń, jednak na dłuższą metę sprawia, że przyglądałam się jego przeżyciom z rosnącą irytacją i bez większego zaangażowania, a jednocześnie z przykrym poczuciem zmarnowanego potencjału. Na szczęście autorka odrobiła swoją lekcję, czego świadectwem jest znakomita „Fatum i furia”. Po „Arkadii” potrzebuję chwili odpoczynku od prozy Groff, ale „Floryda” zerka z półki, więc na pewno do niej wrócę.

„Arkadia”, Lauren Groff, przekład Wiesława Marcysiaka, Wydawnictwo Znak, 2017

Tags:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *