Mimo że na uogólnienie “każdy z nas” reaguję zazwyczaj mieszaniną nieufności i przekory, myślę, że jest możliwe sformułowanie pewnego katalogu uniwersalnych przeżyć, których doświadczanie jest udziałem znakomitej większości ludzi – niezależnie od przyczyn, które pozostają w dużej mierze bardzo indywidualne.

W tym katalogu mieści się całe spektrum przeżywania, od radości do rozpaczy, a zatem również doświadczenia często bardzo trudne i bolesne – takie jak utrata, żałoba, odrzucenie, samotność i tęsknota. Didier Eribon w „Powrocie do Reims” (Wydawnictwo Karakter) rozkłada je wszystkie na części pierwsze, co sprawia, że lektura może być momentami wręcz nieznośna, kiedy zmusza do dotykania naszych bolących miejsc i nieopłakanych strat. Jednocześnie, autor umiejętnie i z dużym wyczuciem nawiguje czytelnika w podróży do źródeł własnej melancholii, rozumianej jako „nieunikniona żałoba po możliwościach, któreśmy odsunęli i tożsamościach, które odrzuciliśmy”, kierując naszą uwagę w stronę spraw, które zazwyczaj wolimy głęboko zakopać, lub od których z premedytacją odwracamy wzrok.

Książka Eribona konfrontuje nas również z pytaniem o to, w jakiej szafie czy szufladzie siedzi wielu (jednak nie chcę powiedzieć „każdy”) z nas i jaki jest koszt – emocjonalny, relacyjny, społeczny, a nawet ekonomiczny – jej opuszczenia. Autor przygląda się też klasowym migrantom, przed którymi wykształcenie otworzyło (często jedynie pozornie) możliwości wynikające z awansu społecznego i poprawy statusu ekonomicznego, jednocześnie przysparzając wielu rozterek i lęków związanych z „rozdartymi habitusami” – dotychczasowe sposoby postrzegania świata czy reguły działania i myślenia okazują się zawodne w nowej rzeczywistości, a poruszanie się w niej (i tak już wystarczająco trudne w sytuacji gdy wewnętrzny kompas nagle okazuje się bezużyteczny) oraz zdobywanie nowych narzędzi i kompetencji niejednokrotnie wiąże się z doświadczeniem wstydu i upokorzenia. Autor opisuje – w sposób pozbawiony nadmiernego sentymentalizmu i tanich emocjonalnych chwytów, a jednocześnie nieraz wręcz rozdzierająco – spustoszenie dokonujące się w osobistej i wspólnotowej przestrzeni człowieka opuszczającego określone środowisko. Ludzie, którym udało odbić się od społecznej trampoliny budzą zazwyczaj zazdrość i podziw, jednak Eribon zwraca uwagę na cenę poprawy swojej pozycji: rozkład więzi rodzinnych, (samo)wykluczenie ze społeczności i trudności adaptacyjne to rewers codzienności osób w procesie społecznej tranzycji. Opisane przez Eribona problemy: frustracja wynikająca z problemów komunikacyjnych, zderzenie postaw i wartości, konfrontacja wyobrażeń i rzeczywistości, czy niezrozumienie kodów semiotycznych są w dużej mierze tożsame z tymi, których doświadczają migranci z innych kręgów kulturowych. Dodatkowo, pod każdym pozornie błahym nieporozumieniem czy sprzeczką kryją się konflikty znacznie głębsze – pokłady wzajemnego niezrozumienia wynikające z operowania odmiennym aparatem pojęciowym i postrzeganiem tych samych zjawisk z kompletnie różnej perspektywy niepostrzeżenie doprowadzają do erozji więzi, a także rodzą obcość i wzajemną agresję, napędzaną obustronnie – poczuciem wyższości z jednej strony, a przeświadczeniem o niewdzięczności i niesprawiedliwości z drugiej.

„Powrót do Reims” kojarzy mi się z inną znakomitą pozycją, również stanowiącą na pewnym poziomie próbę uporządkowania swojej tożsamości i radzenia ze stratą po niełatwej relacji – „Rzeczy, których nie wyrzuciłem” Marcina Wichy. Jednak o ile u Wichy pod warstwą osobistych wspomnień i doświadczeń rysuje się portret odchodzącego pokolenia, to Eribon szczerze i bezlitośnie rozlicza własne. Zarzuca rodzimym intelektualistom m.in. klasizm, zaprzestanie wysiłku na rzecz lepszego zrozumienia – a w zasadzie porozumienia – z ludźmi o innym pochodzeniu, wykształceniu, kompetencjach i statusie materialnym; porzucenie empatii na rzecz oceny, zatrzaśnięcie się z premedytacją we własnych bańkach; pogardliwy, podszyty niechęcią, a nawet wrogością, stosunek do osób o słabszym (we własnym mniemaniu) potencjale kulturowym czy intelektualnym, a w rezultacie przykładanie ręki do pogłębiania społecznych podziałów – wszystko to na gruncie francuskiej lewicy, ale w tym lustrze może się przejrzeć – jednak zaryzykuję – niemal każdy, kto w pewnym momencie życia świadomie zdystansował się wobec swojego pochodzenia. Być może to doświadczenie okaże się mało komfortowe, ukazując nasze własne twarze bardziej „zwiędłe, pomarszczone, wstrętne” niż nam się wydawało, ale może warto skonfrontować się od czasu do czasu z takim obrazem, jak zrobił to Eribon?

„Powrót do Reims”, Didier Eribon, przekład Maryny Ochab, Wydawnictwo Karakter, 2019

Tags:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *