Wszyscy znamy to lekko żenujące porzekadło, że dobry seks to taki, po którym nawet sąsiedzi wychodzą na papierosa – idąc tropem owej złotej myśli,  dobra książka o ćpaniu to taka, kiedy podczas czytania czujesz przyjemnie swędzenie tuż nad kostką i wędrówkę ciemnej cieczy przez twoje żyły, rozlewającą się łagodnym ciepłem po całym ciele, nawet jeśli twoje dotychczasowe doświadczenia z heroiną ograniczają się do zapętlenia The Velvet Underground w odtwarzaczu.

Nie wiem, czy ukłony za to osiągnięcie należą się bardziej autorowi, czy tłumaczowi, Krzysztofowi Cieślikowi, który podarował nam takie delikatesy, jak na przykład ten: „Najpierw jest smak, potem kop. I wszystko jest z grubsza git, przepływa przeze mnie ciepło. Do chwili, gdy smak nie staje się wyrazistszy niż zwykle, tak ostry, że aż mdli. Rozgryzam to: zawsze byłem martwy. Dzwoni mi w uszach.” To właśnie nazwisko tłumacza było jedną z dwóch rzeczy, które skłoniły mnie do sięgnięcia po „Świeżego”. Drugą był język – a właściwie kontrowersje wokół niego. Przyznam, że ze sporym zaskoczeniem przeglądałam opinie zniesmaczonych czytelników, wśród których dominowała tendencja do traktowania wulgarności i obcesowości, którymi „Świeży” bez wątpienia epatuje, jako zarzutu wobec książki. Zaczęłam się zastanawiać, jakim językiem powinien posługiwać się człowiek znajdujący się w stanie permanentnej degrengolady i rozpoczynając lekturę miałam pewną wizją, którą chciałam skonfrontować z treścią. Cóż, nie było zaskoczenia – narrator nie jest mistrzem werbalnej finezji, w powietrzu latają głównie kurwy i chuje, a także wszelkie derywaty czasownika „pierdolić” (o którym z niejakim rozrzewnieniem wspominała zresztą Antonia Lloyd-Jones w niedawnym wywiadzie przeprowadzonym przez Weronikę Murek), odmienione przez wszystkie czasy, osoby, liczby i rodzaje. Czy to źle? W mojej ocenie to bardzo, bardzo dobrze. Towarzyszymy bezimiennemu narratorowi Walkera w jego chorobie i podróży na samo dno, przyglądając się implozji kolejnych pięter hierarchii potrzeb, do momentu kiedy życiem Świeżego zarządza już tylko fizjologia. Wewnętrzny rozpad, otępienie i ruinę znakomicie odzwierciedla język – prostacki, ograniczony, monotonny, prymitywny i pozbawiony jakiegokolwiek polotu w swej niecenzuralności. Krótkie, pozbawione ozdobników zdania, oszczędność stylistycznych zabiegów i lapidarność, przy jednocześnie świetnie skonstruowanym idiolekcie, natychmiast przywodzą na myśl Denisa Johnsona („Syna Jezusa” czytałam niemal jednocześnie ze „Świeżym”); tutaj też wspomniany ukłon w stronę Krzysztofa Cieślika, za przeżenioną herę, obstawionego grama i „ludzi, którzy ojebaliby cię na ostatni grosz i wyruchali bez mydła” (właśnie tak – nie wydaje mi się, żeby „kradzież i oszustwo” niosły tutaj odpowiedni ładunek poznawczy).

Ćpuńsko-kryminalny epizod „Świeżego” jest fascynującym poligonem językowym, ale mimo niewątpliwej wartości również pozaliterackiej przez wzgląd na szczerość i autentyczność przekazu, stanowi dość typowe ujęcie tematu, zarówno od strony narracyjnej, jak i fabularnej. Inaczej rzecz ma się z rozdziałem wojennym, który po pierwsze stanowi niejako klucz do zrozumienia niemożności zawrócenia narratora z równi pochyłej, która doprowadziła do takiego a nie innego finału, a po drugie jest absolutnie wstrząsającym obrazem odczłowieczenia i absurdu wojny, nakreślonym z dość nietypowej perspektywy – niewiele tu frontowych historii, szturmów i ofensyw – jest za to przeraźliwa pustka „tyłów”, patroli i czasu spędzonego w bazie oraz momenty skrajnego napięcia prowadzące do posunięć tak pozbawionych sensu, że wydają się być na skraju szaleństwa, przetykane okresami marazmu i nudy, których warunki sprzyjają odklejeniu i wydobywają najgorsze instynkty. Narrator i jego towarzysze (ci, którym uda się wrócić do domu) zabiorą ze sobą pamięć o tym, jakie to uczucie zbierać palcami „strużkę tłuszczu, sączącą się wzdłuż fotela kierowcy”, która została z ciała kolegi; znają zapach wydzielany przez wypatroszone wnętrzności, które na miejscu utrzymuje wyłącznie kamizelka balistyczna i wiedzą, że wenflonowanie poparzonego jest trudne, gdyż „skóra jest jak guma, a igła wydaje się tępa niczym łyżeczka”. Poza własną traumą, narrator i koledzy zabiorą też do domu wspomnienia o upokorzeniach i okrucieństwach, które zafundowali Irakijczykom – umyślnie bądź nie – a także świadomość całkowitej bezsilności, kiedy jedyne, co masz do zaoferowania drugiemu człowiekowi, to bezradne rozłożenie rąk, umykający wzrok i fiolka ibuprofenu. Ta świadomość i zrodzone z niej wstyd, smutek i poczucie winy, pozostawione same sobie, domagają się natychmiastowego uśmierzenia, pchając narratora w kierunku, z którego nie ma odwrotu. „Życie było spoko, gdy człowiek smażył sobie działkę; w takich chwilach każdy diler na świecie był twoim kumplem i nie myślałeś o rzeczach, które zrobiłeś źle i spieprzyłeś, o straconych latach” – mówi Świeży i jest w tym zdaniu wszystko, czego możecie się spodziewać po tej powieści: autentyczność bez patosu, smutek bez rozczulenia i ani krzty banalnego moralizowania.

„Świeży”, Nico Walker, Wydawnictwo Poznańskie,2020

Tags:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *