„Dziki brzeg wolności” to opowieść o dwóch miastach. Pierwszym –  wyobrażonym, idyllicznym, wyrosłym na ideałach rewolucji kontrkulturowej, z wyzłoconymi popołudniowym słońcem dachami Haight-Ashbury, muralami Mission District i niezależnymi księgarniami na wzór City Lights, gdzie życie toczy się w rytm lektur bitników, praktyki jogi, akademickich dyskusji rodem z Berkeley, kolorowych imprez w Castro i przerw na (wegański, a jakże) lunch w jednej z urokliwych knajpek rozsianych w enklawie dobrobytu. To drugie miasto jest dzikie, brudne, bezduszne, odhumanizowane i pozbawione hamulców, zbudowane na wyzysku, krzywdzie i mocno wątpliwych etycznie fundamentach, głęboko podzielone, rozwarstwione społecznie i udręczone plagami nałogów i ubóstwa, a pogrążenie go w szaleństwie, chaosie i przemocy niemal od zawsze jest „o jeden strzał stąd”.

Które oblicze jest bliższe prawdy? Szukając odpowiedzi na to pytanie, autorka sięga do zarania dziejów miasta, starając się wyjaśnić, co sprawiło, że znajduje się ono w stanie wiecznej transgresji, na ciągłej sinusoidzie okresów światła i mroków, wiosen nadziei i zim rozpaczy, w rozkroku na przepaścią między inkluzywną kontrkulturową arkadią a stechnicyzowanym i zgentryfikowanym nowym wspaniałym światem.

Rozmówcy autorki, których historie uzupełniają szkic historyczny, to istny kalejdoskop postaci – przedstawiciele cyganerii i technokracji, uczestnicy i świadkowie przemian i rewolucji; aktywiści, streetworkerzy, księgarze, przedsiębiorcy, społecznicy; parający się sztuką i rzemiosłem wszelkiego rodzaju, imający się przeróżnych zajęć i zarabiający na życie na wszystkie możliwe sposoby, od programowania przez winiarstwo po prostytucję; robiący błyskotliwe kariery, kontestujący rzeczywistość, wychodzący na prostą po dźwignięciu się z nałogów – historie ich strat, zysków, zakrętów, potknięć, szans i osiągnięć składają się na fascynujące panoptikum.

Wielogłos postaci, których losy przybliża autorka (przez cały czas obecna, ale w sposób, który nie zawłaszcza narracji i nie odwraca uwagi od opowiadanych historii, co jest niewątpliwą zaletą „Dzikiego brzegu”) pozwala lepiej zrozumieć specyfikę miasta i poczuć jego gorączkowy puls, jednak to nie wokół poszczególnych osób koncentruje się przekaz. Prawdziwym bohaterem tej książki bezdyskusyjnie jest samo miasto, przedstawione jako żywy organizm, byt bezustannie ulegający przepoczwarzeniu, śniący swój amerykański sen i wygrzewający w kalifornijskim słońcu gigantyczne cielsko, w którego trzewiach od wielu wieków toczą się wielowymiarowe procesy i ścierają sprzeczne dążenia, mające bezpośrednie przełożenie na obecny kształt metropolii oraz życie i mentalność mieszkańców. Różnobarwna mozaika na grzbiecie bestii lśni w blasku złotej godziny, jednak pod skórą kryje się wielokrotnie potrzaskany kościec, a utytłane podbrzusze pełne jest ropiejących wrzodów.

Rozmach, z którym nakreślono obraz metropolii – natłok informacji, faktów historycznych, splot zdarzeń, potok nazwisk i dat, to często przepis na katastrofę, bałagan i nudę. Na szczęście – nie w tym przypadku. Jest to przede wszystkim zasługa spójnej, przemyślanej koncepcji oraz dyscypliny i rzetelności autorki, pozwalających zapanować nad informacyjnym szumem. Lektura nie nuży i nie przytłacza dzięki świetnemu, soczystemu stylowi, przywodzącemu na myśl najlepsze momenty Charliego LeDuffa (jednak bez zakusów, by kraść show swoim bohaterom) – taki koktajl środków wyrazu, porównań, odwołań i skojarzeń, obficie podlany sarkazmem i doprawiony lekko wisielczym humorem lubię najbardziej. Narracja kipi i bulgocze, oddając charakter miasta – gorącego, rozedrganego, targanego sprzecznościami.

Mało co napędza emocje i wyzwala tęsknoty równie mocno, co nostalgia, zwłaszcza ta przywołująca nastoletnie zachwyty. Kesey, Kerouac i Steinbeck towarzyszyli mi w niepokojach dorastania, rewolta lat sześćdziesiątych do dziś rozpala mi serce i głowę, a kulturowy pejzaż Stanów Zjednoczonych stale pozostaje gdzieś w tle osobistych i zawodowych zainteresowań, dlatego wiele sobie obiecywałam po tej lekturze. Nie zawiodłam się – Magda Działoszyńska-Kossow pięknie zdemolowała moją arkadyjską wizję, dostarczając w zamian wielu wzruszeń oraz refleksji dotyczących zjawisk współcześnie towarzyszących transformacji miasta – tę wrażliwość i zmysł obserwacji, pobudzający do własnych poszukiwań, doceniam szczególnie.

„San Francisco. Dziki brzeg wolności”, Magda Działoszyńska-Kossow, Wydawnictwo Czarne, 2020

Tags:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *