Sposób opowiadania historii przez Rudniańską obudził we mnie natychmiastowe skojarzenia z dążeniem impresjonistów do uchwycenia nastroju chwili poprzez operowanie barwą i światłocieniem – wyrazem najwyższego kunsztu było stworzenie wielozmysłowego doznania, odczuwalnego nie tylko w warstwie wizualnej, ale oddającego również smak i zapach, a nawet złudzenie odczuwania faktury czy temperatury. Kadry Rudniańskiej są właśnie takie – doskonale nasycone, o wielu odcieniach i subtelnych półtonach, pozwalających na kameralny i osobisty odbiór. Zmysłowość jest niezwykle ważną składową narracji – zatarte przez czas wspomnienia i emocje budzą się na skutek przypadkowych zdarzeń, a powidoki wypartych przeżyć pojawiają się pod powiekami pod wpływem smaku, dźwięku, zapachu.

W niespieszne, sielankowe wręcz słowne pejzaże nieuchronnie wkrada się mrok. Spokojna, pozbawiona nadmiernej ekspresji narracja wbrew pozorom nie koi, a na nostalgicznej powłoce szybko dają się dostrzec rysy, zmarszczki, pęknięcia. Ukryta w cieniu czai się tytułowa RuRu; zawsze obecna, nie daje o sobie zapomnieć ani wypędzić na dobre – przyczajona pod szpitalnym łóżkiem, zatrzaśnięta w „mebloszafie”, bezszmerowo przemykająca po mieszkaniu, ukryta w falującej trawie, schowana w kopercie, mieszająca zmysły, dysząca nad uchem, pławiąca się w lęku, okrucieństwie, przemocy.

Zgorzknienie, wyobcowanie, rozczarowanie, szaleństwo – to wszystko, czym karmi się RuRu – jest efektem uwikłania bohaterów opowiadań w sploty okoliczności będące efektem wielu czynników: pokoleniowych zaszłości, politycznych zawirowań, rodzinnych układów i wynikających z nich ograniczeń i traum – przebytych, wypartych, zaleczonych, czasem wciąż żywych. Autorka konstruuje ludzkie losy na szerszym planie: wybrane, kluczowe bądź zwrotne momenty w życiu bohaterów widzimy zawsze w szerszej perspektywie – czy to dziejowych wichrów, czy społecznych uwarunkowań –  jednak ciężar wydarzeń nigdy nie odsuwa na dalszy plan indywidualnych przeżyć.

Niezwykle ważną rolę w budowaniu opowieści odgrywają również przedmioty – zarówno te o wartości sentymentalnej, jak i nośniki traumy czy wyzwalacze pamięci. Krzesło. Fotografia. Beczka. Okulary. Kożuch. Nożyczki. Przeróżne artefakty zakotwiczają bohaterów w konkretnej rzeczywistości, stanowią punkt wyjścia dla opowieści o przeszłości, konfrontują z przebytą traumą, dają ukojenie poprzez obcowanie z tym, co oswojone, a wreszcie stają się narzędziem w odruchu nagłej sprawczości. Co ciekawe, na podjęcie próby buntu w obliczu represji stać dwie niezwykle oddalone od siebie postacie: małą dziewczynkę i staruszkę u kresu życia – ubezwłasnowolnione przez najbliższych, nie godzą się na taki stan rzeczy, każda z nich na swój sposób. Kondycja zależności – niedojrzałość, niedołężność – zdaje się z góry skazywać ich wysiłki na niepowodzenie, jednak to właśnie Itta i Julia najzacieklej walczą o prawo do samostanowienia – mimo nikłych szans.

Rudniańska nie nadużywa nacechowanego języka, nie brnie w nadmierną ekspresję, ale jednak jest tym wyważonym i zniuansowanym zbiorze pewien zgrzyt. Miałam chwilami wrażenie zbytniego eksploatowania stereotypów i klisz, zwłaszcza w kreśleniu tła społecznego: patologicznego ubóstwa (materialnego i mentalnego), emocjonalnej pustki mediów społecznościowych, erozji więzi rodzinnych. Domyślam się, że tworzywem literackim były prawdziwe zdarzenia o właśnie takim ciężarze, a przyczyną takiego odbioru może być filtr moich osobistych przekonań czy doświadczeń, jednak momentami odczuwałam dysonans, zwłaszcza w zestawieniu z niezwykle oszczędną i pozbawioną egzaltacji formą, która urzekła mnie od pierwszych stron historii pana Popowicza.

Sposób opowiadania historii przez Rudniańską obudził we mnie natychmiastowe skojarzenia ze staraniami impresjonistów dążących do uchwycenia nastroju chwili poprzez operowanie barwą i światłocieniem – wyrazem najwyższego kunsztu było stworzenie wielozmysłowego doznania, odczuwalnego nie tylko w warstwie wizualnej, ale oddającego również smak i zapach, a nawet złudzenie odczuwania faktury czy temperatury. Kadry Rudniańskiej są właśnie takie – doskonale nasycone, o wielu odcieniach i subtelnych półtonach, pozwalających na kameralny i osobisty odbiór. Zmysłowość jest niezwykle ważną składową narracji – zatarte przez czas wspomnienia i emocje budzą się na skutek przypadkowych zdarzeń, a powidoki wypartych przeżyć pojawiają się pod powiekami pod wpływem smaku, dźwięku, zapachu.

W niespieszne, sielankowe wręcz słowne pejzaże nieuchronnie wkrada się mrok. Spokojna, pozbawiona nadmiernej ekspresji narracja wbrew pozorom nie koi, a na pozornie nostalgicznej powłoce szybko dają się dostrzec rysy, zmarszczki, pęknięcia. Ukryta w cieniu czai się tytułowa Ru Ru; zawsze obecna, nie daje o sobie zapomnieć ani wypędzić na dobre – przyczajona pod szpitalnym łóżkiem, zatrzaśnięta w „mebloszafie”, bezszmerowo przemykająca po mieszkaniu, ukryta w falującej trawie, schowana w kopercie, mieszająca zmysły, dysząca nad uchem; pławiąca się w lęku, okrucieństwie, przemocy.

Zgorzknienie, wyobcowanie, rozczarowanie, szaleństwo – to wszystko, czym karmi się Ru Ru – jest efektem uwikłania bohaterów opowiadań w sploty okoliczności będące efektem wielu czynników: pokoleniowych zaszłości, politycznych zawirowań, rodzinnych układów i wynikających z nich ograniczeń i traum – przebytych, wypartych, zaleczonych, czasem wciąż żywych. Autorka konstruuje ludzkie losy na szerszym planie: wybrane, kluczowe bądź zwrotne momenty w życiu bohaterów widzimy zawsze w szerszej perspektywie – czy to dziejowych wichrów, czy społecznych uwarunkowań –  jednak ciężar wydarzeń nigdy nie odsuwa na dalszy plan indywidualnych przeżyć.

Niezwykle ważną rolę w budowaniu opowieści odgrywają również przedmioty – zarówno te o wartości sentymentalnej, jak i nośniki traumy czy wyzwalacze pamięci. Krzesło. Fotografia. Beczka. Okulary. Kożuch. Nożyczki. Przeróżne artefakty zakotwiczają bohaterów w konkretnej rzeczywistości, stanowią punkt wyjścia dla opowieści o przeszłości, konfrontują z przebytą traumą, dają ukojenie poprzez obcowanie z tym, co oswojone, a wreszcie stają się narzędziem w odruchu nagłej sprawczości. Co ciekawe, na podjęcie próby buntu w obliczu represji stać dwie niezwykle oddalone od siebie postacie: małą dziewczynkę i staruszkę u kresu życia – ubezwłasnowolnione przez najbliższych, nie godzą się na taki stan rzeczy, każda z nich na swój sposób. Kondycja zależności – niedojrzałość, niedołężność – zdaje się z góry skazywać ich wysiłki na niepowodzenie, jednak to właśnie Itta i Julia najzacieklej walczą o prawo do samostanowienia – mimo nikłych szans.

Rudniańska nie nadużywa nacechowanego języka, nie brnie w nadmierną ekspresję, ale jednak jest tym wyważonym i zniuansowanym zbiorze pewien zgrzyt. Miałam chwilami wrażenie zbytniego eksploatowania stereotypów i klisz, zwłaszcza w kreśleniu tła społecznego: patologicznego ubóstwa (materialnego i mentalnego), emocjonalnej pustki mediów społecznościowych, erozji więzi rodzinnych. Domyślam się, że może kryć się za tym chęć zwrócenia uwagi na cienie tła pokoleniowego; przyczyną może być również filtr moich osobistych doświadczeń, jednak momentami odczuwałam dysonans, zwłaszcza w zestawieniu z niezwykle oszczędną i pozbawioną egzaltacji formą, która urzekła mnie od pierwszych stron historii pana Popowicza.

„RuRu”, Joanna Rudniańska, Wydawnictwo Nisza, 2019

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *