Trochę z braku czasu, a trochę z wyboru, ominęła mnie zeszłoroczna kulminacyjna fala fenomenu „cała Polska czyta Ferrante”. Nazwisko autorki zanotowałam gdzieś na odległym miejscu prywatnej listy „do przeczytania”, jednak entuzjastyczne rekomendacje „Czasu porzucenia” autorstwa kilku osób, których zdanie bardzo sobie cenię, skłoniły mnie do sięgnięcia po tę powieść.

Historia 38-letniej tłumaczki, której mąż po piętnastu latach małżeństwa odchodzi do dwukrotnie młodszej kobiety, z którą od kilku lat łączy go potajemny romans, wydała mi się do bólu banalna, ale podeszłam do lektury ze sporym zaciekawieniem (i mocno rozbudzonymi oczekiwaniami), zastanawiając się, co właściwie jeszcze można wycisnąć z tak ogranego tematu.

Od pierwszych stron autorka wyraźnie zaznacza, że Olga nie jest „bidulką”, której brak mężczyzny odbiera sens życia – a raczej rozpaczliwie stara się nią nie być, uwięziona w wyniesionym z dzieciństwa przekonaniu, że jednak tak właśnie jest, niezależnie od jej własnych sukcesów i osiągnięć jako (odrębnego) człowieka. To, co Ferrante bezsprzecznie się udaje, to wiwisekcja rozpaczy, samotności, bezradności w intymnym dzienniku przeżyć głównej bohaterki. Wpuszczeni do wnętrza jej domu, czytelnicy mogą poczuć się jak podglądacze – zafascynowani, ale jednocześnie zakłopotani, czy wręcz zażenowani w obliczu bardzo osobistych doświadczeń narratorki; towarzysząc Oldze w jej nierównowadze, zostajemy skonfrontowani z zachowaniami i posunięciami, które bywają dziwaczne, irracjonalne, a czasem wręcz okrutne – zwłaszcza mając na uwadze fakt, że ich konsekwencje dotyczą w dużej mierze istot postrzeganych zasadniczo jako bezbronne i zdane na czyjąś opiekę: dzieci i zwierząt; jakkolwiek niezręczne – czy wręcz zabawne – może wydać się takie zestawienie, ludzkie i zwierzęce losy splatają się tutaj bardzo mocno.

Warto również przyjrzeć się mężczyznom: na pierwszy rzut oka wszystko jest proste, prostackie wręcz; Mario jest obrzydliwy – małostkowy i zadufany w sobie tchórz i oportunista, w zdecydowanej opozycji do małomównego, troskliwego i śmiertelnie nudnego Carrana. Czy faktycznie są oni właśnie tacy, czy może stosunek Olgi do jednego i drugiego to pokłosie uzależnienia od męskiej obecności, od bycia w relacji – jakakolwiek by ona nie była – i widzenia siebie wyłącznie przez jej pryzmat? Ten wątek wydał mi się w całej powieści najbardziej interesujący: jak bardzo przestajemy być osobni – być sobą – będąc w związku? Jak bardzo zlewamy się sobą nawzajem i jak wiele drugiej osoby w nas zostaje, kiedy przestajemy być razem? Czy chęć zmycia z siebie, wydarcia czyjejś obecności z naszego wnętrza jest naturalnym elementem procesu rozstawania się, zwłaszcza jeśli towarzyszy temu poczucie krzywdy, czy może właśnie po tym poznajemy prawdziwą wartość relacji ex post – czy pragniemy jej ślad z siebie wyrzucić i pozbyć się jej na dobre, czy przyjmujemy to wszystko jako swoje, które zrosło się z nami bez śladu i nigdy nie uwiera, nawet kiedy nie ma już nadziei?

W tym kontekście myślałam o „Czasie porzucenia” długo i dużo, co jest moim osobistym miernikiem wartości lektury, jednak niewiele więcej się tu wydarzyło, zwłaszcza w warstwie fabularnej. Motyw zatrzaśnięcia, mimo zrozumiałej (a wręcz nachalnej) metaforyki jest zupełnie absurdalny, ale być może to celowy zabieg, obrazujący krytyczny punkt rozpaczy – chaotyczne, pozbawione sensu posunięcia, przeplatane okresami katatonicznej bierności i martwoty, kiedy odrętwienie i zamrożenie przytępia zdolność odczuwania empatii i uniemożliwia podejmowanie logicznie uzasadnionych działań. Nie przekonuje mnie ton opowieści – jego histeryczność i chwiejność jest w pewnym sensie zrozumiała, jednak niebezpiecznie często miałam wrażenie, że za ładnie brzmiącymi zdaniami nie kryje się zbyt wiele treści, za to sporo erystycznej zagrywki. Nie wspominając o tych wszystkich „tajemniczych dreszczach” i „ulotnych obrazach i nieuchwytnych sylabach”, które w moim osobistym słowniku funkcjonują pod hasłem „koeljoza”. Być może winny tutaj jest też pośpiech w tłumaczeniu, ale zgrzyty na tym polu wytrącały mnie czytelniczego rytmu zdecydowanie zbyt często.

Nie mam nic przeciwko literaturze środka – cenię sprawny warsztat, celność i świeżość obserwacji, nawet jeśli lektura nie dostarcza szczególnych intelektualnych wyzwań czy głębokich wzruszeń. Tutaj jednak zabrakło jakiejkolwiek wyjątkowości, która wydobyłaby powieść Ferrante z tłumu podobnych opowieści (jak miało to miejsce choćby w przypadku literackich anegdot i erudycji narratorki, które ratowały słabe strony „Przyjaciela” Nunez, kołaczącego mi się wciąż gdzieś z tyłu głowy podczas lektury „Czasu porzucenia” – niestety, na niekorzyść tej ostatniej pozycji).

W moim przypadku Elena okazała się przygodą na (dosłownie) jedną noc: rozstałyśmy się bez żalu i planów kontynuacji tej znajomości – chociaż, może kiedyś jeszcze na siebie wpadniemy i wtedy zaiskrzy? Nie wykluczam, jeśli na mojej drodze pewnego dnia stanie „Genialna przyjaciółka”.

„Czas porzucenia”, Elena Ferrante, przekład Lucyny Rodziewicz-Doktór, Wydawnictwo Sonia Draga, 2020

Tags:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *