„Florydzie” Lauren Groff zdecydowanie bliżej do parnych mokradeł Everglades niż zalanych słońcem plaż Palm Beach. Jest duszno, gęsto, w powietrzu wciąż czuć napięcie. Niebezpieczeństwo czyha na każdym kroku, okolica roi się od węży, aligatorów i innych budzących grozę drapieżników. Stąd ciągły lęk, zamykanie okien i drzwi, barykadowanie się przed fizycznym zagrożeniem, ale też przed uświadomieniem sobie trudnych faktów i zderzeniem z prawdą o swoich iluzjach, o własnym życiu, związkach, o sobie samym. Również warstwa erotyczna, której Groff poświęca sporo miejsca, jest niepokojąca – często podszyta lękiem, nieszczerością, poczuciem winy, naznaczona traumatycznym wydarzeniem lub wyzuta z namiętności, rzadko bywa źródłem spełnienia i radości, przy jednoczesnej wielkiej za nimi tęsknocie.

Bohaterowie „Florydy” bywają do bólu zwyczajni. Czasem są to porządni, poukładani ludzie, pielęgnujący wycięte od sztancy wyobrażenie o udanej rodzinie, mieszkańcy osiedli o przystrzyżonych trawnikach, podejmujący szereg przeróżnych działań mających na celu szpachlowanie rys i pęknięć na latami budowanym wizerunku. Stąd wieczorne spacery i przebieżki, podczas których jedna z bohaterek lustruje nieznajomych i obserwuje życie sąsiadów, byle nie przyglądać się zbyt dokładnie własnemu; przelotne przygody będące odskocznią od małżeńskiej monotonii i pozwalające odsunąć podejmowanie jakichkolwiek decyzji mogących zburzyć poukładany i wygodny świat; kolejna butelka samotność w związku, entropię więzi, rodzicielskie lęki i utracone marzenia; kompulsywne działania pozwalające odciąć się od smutku i żalu.

Są też bohaterowie i bohaterki doznający krzywd i przemocy, opuszczeni w skrajnie nieprzyjaznych warunkach lub rzuceni na pastwę żywiołu, którzy jednak zachowują zimną krew w obliczu tych zdarzeń i nie poddają się – nie wiadomo do końca, czy jest to objaw hartu ich ducha, czy raczej technika przetrwania oparta na zamrożeniu emocji, zwłaszcza że przypominająca senną marę sceneria wielu historii pogłębia poczucie derealizacji.

Są wreszcie tacy, którzy przyglądają się sobie szczerze i nie odwracają wzroku od lustra, które odbija daremne dążenia, rozczarowania, utracone złudzenia. Oni (i one) pozwalają huraganowi wedrzeć się do wnętrza, burzyć i niszczyć; otwierają drzwi i okna na oścież, wyrzucają słoje pełne węży hodowanych latami w głowie i sercu; nie uciekają od siebie, lub po długim czasie do siebie wracają, zdzierając po drodze kolejne warstwy póz i masek i dekonstruując własną tożsamość.

Poza dorosłymi borykającymi się z konsekwencjami własnych wyborów i doświadczeń, bohaterami Groff są też dzieci, których te wydarzenia dotyczą i na których odciskają one swój ślad. Dzieci nie są jednak wyłącznie biernymi obserwatorami rozgrywek otoczenia. Ich przeżycia i percepcja, choć często odmienne od dorosłych, mają równie ważną rangę.

Gdybym miała znaleźć jedno słowo, stanowiące wspólny mianownik dla wszystkich bohaterów i bohaterek „Florydy”, byłoby to perseverance – wysiłek i wytrwałość wkładane w osiągnięcie celu – czy to w próbę przetrwania, pomimo niesprzyjających okoliczności i licznie fundowanych traum, w dążenie do samopoznania i konfrontację z utratą złudzeń, czy też wręcz przeciwnie – w trwanie w nieprzynoszącym ukojenia ani satysfakcji układzie. Poza tym, bohaterowie Groff często stają w obliczu „chwili zupełnej samowiedzy (…), ze wszystkimi szczegółami pragnień, pokus, poddania się”*, która potrafi być niezwykle trudna do udźwignięcia – Conradowi kazała przecież ustami Kurtza wyszeptać: „Zgroza, zgroza”. Poza tą wspólną cechą, galeria postaci zaludniających „Florydę” jest bardzo złożona i niekoniecznie budząca sympatię – zarówno mężczyźni, jak i kobiety, bywają irytujący, oportunistyczni, kłamliwi, czy nawet okrutni – ale właśnie przez to bardzo ludzcy i wiarygodni w swoich działaniach i decyzjach.

Ciężar opowiadań Groff spoczywa na kreacji bohaterów, ale dla mnie największą przyjemnością było oddawanie się uciechom literackich odwołań – od gotyckiego pejzażu pełnego upiornych obrazów i zjaw wyłaniających się nagle niczym u Saundersa, po mroczny i podszyty smutkiem zapis wewnętrznych przeżyć, którego nie powstydziłby się Coetzee. Są też nazwiska przywołane wprost, lub poprzez konkretne dzieła – jak Guy de Maupassant, John Donne (w moim ulubionym opowiadaniu z tego zbioru, „Z rogów czterech, gdyby je ziemia krągła miała” – choć nie był to łatwy wybór, przynajmniej kilka opowiadań w tym tomie jest po prostu znakomitych), Robert Frost, William Blake, Emily Dickinson, T.S. Eliot… Mimo że jest tych nitek całkiem sporo, nie nadają one opowiadaniom znamion wtórności, a proza Groff nie traci nic ze świeżości i sugestywności ( świetnie oddanej przez tłumaczkę, Dobromiłę Jankowską), którą od czasu lektury „Fatum i furii” (w bardzo dobrym przekładzie Mateusza Borowskiego) cenię u autorki najbardziej.

*) Źródło: http://wolnelektury.pl/katalog/lektura/conrad-jadro-ciemnosci – tekst opracowany na podstawie: Joseph Conrad, Młodość i inne opowiadania, tłum. Aniela Zagórska, Państwowy Instytut Wydawniczy, 1956

„Floryda”, Lauren Groff, przekład Dobromiły Jankowskiej, Wydawnictwo Pauza, 2019

Tags:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *