Znacie to uczucie? Wchodzicie do pokoju – wygląda przytulnie, swojsko, ściany w przyjemnym, pastelowym odcieniu, ciepłe światło lampy, wygodne meble o miękkich obiciach, w wazonie na stole bukiet kwiatów, wszystko mówi „rozgość się, zrelaksuj, rozsiądź wygodnie”. Korzystasz z zaproszenia, wchodzisz, siadasz. I nagle czujesz, że jest d z i w n i e. W kącie czają się ponure cienie, okno trzaska z łoskotem, od którego się wzdrygasz, podłoga nieprzyjemnie skrzypi pod Twoim ciężarem, dostrzegasz łuszczącą się farbę i poplamione tapety, migająca żarówka drażni wzrok, w wazonie pełno martwych much, a najgorsze jest to uczucie, że ktoś czyha za Twoimi plecami. Niepokój pełznie od pleców do karku, kiedy omiatasz wzrokiem pomieszczenie i okazuje się, że nie jest już przyjemnie i miło, wręcz przeciwnie – robi się dziwacznie, a nawet strasznie, przestajesz rozpoznawać otoczenie, a Twoje zdenerwowanie narasta szybciej, niż można by było trzy razy szybko wypowiedzieć „sok z żuka”. Nie masz pewności, co się dzieje – czy to jakiś żart? Przywidzenia? Twoja osobista paranoja urwała się ze smyczy? Z jednej strony masz ochotę zerwać się z miejsca i uciec, ale jednocześnie jakaś niewyjaśniona fascynacja przykuwa Cię do krzesła.

Taki stan towarzyszył mi podczas lektury wyboru opowiadań „Bogowie pokazują klaty” (Wydawnictwo Marginesy) Billa Gastona. Pozornie nie dzieje się nic szczególnego: sceny z życia codziennego, klatka po klatce. Wycieczka na plażę. Nudna firmowa impreza. Wieczorna przejażdżka samochodem. Wakacyjne popołudnie w kurorcie. Wyjazd na ryby. Kolacja z przyjaciółmi. Wizyta u lekarza. Wyjście na koncert. Sąsiedzi, partnerzy, rodzina, znajomi. I nagle w ten leniwy rytm wdziera się chaos. Bez uprzedzenia zostajemy wciągnięci w sam środek iście południowogotyckiego karnawału, gdzie ludzie zrzucają maski i odkrywają nieznane oblicza; skrywane urazy, pielęgnowane krzywdy i upychane w szafie sekrety wychodzą na światło dzienne, tłumione neurozy, manie i obsesje sieją spustoszenie, a kiedy opada kurz, krajobraz często zmienia się nie do poznania.

Bohaterów Gastona poznajemy bardzo często w chwili kryzysu – portretowani są w momentach granicznych, przy czym niekoniecznie chodzi o dramatyczne zdarzenia w klasycznym znaczeniu tego pojęcia, takie jak śmierć czy nieuleczalna choroba, chociaż one również przewijają się przez cały tom. Świat wypada z kolein niejednokrotnie wskutek drobnego zdarzenia, do którego prowadzi seria zbiegów okoliczności – kilka przypadkowo strąconych niewielkich kamyczków zmienia się w lawinę, której nie sposób już zatrzymać. Czasem pojedyncza sytuacja, pozornie bez większego znaczenia, banalna wręcz w swojej zwyczajności, powoduje, że pęka od dawna przeciągnięta struna, pada ostatnia zapora chroniąca przed osunięciem w szaleństwo, zapobiegająca złamaniu ścisłego tabu, czy też powstrzymująca przed zrobieniem kroku, po którym nic już nie będzie takie jak wcześniej.

Powtarzającym się motywem i wspólnym mianownikiem dla losów wielu bohaterów Gastona jest fakt, że niezależnie od konsekwencji dokonanych wyborów (dla nich samych, ale także ich otoczenia), przez moment (choćby krótki jak mgnienie oka) doświadczają oni absolutnej wolności – od oczekiwań, konwenansów, zobowiązań, reguł, wymagań, zasad i ograniczeń – społecznych, rodzinnych, zawodowych, kulturowych, mentalnych, cywilizacyjnych. Ich wybory i działania zawsze przynoszą ważną zmianę, o różnym ciężarze – od tej dokonującej się tylko w nich samych (i czasem pozostającej ich tajemnicą), po całkowitą destrukcję (otaczającego świata, relacji, własnej psychiki).

Mroczna, niepokojąca warstwa to bardzo ważny element prozy Gastona (duszna atmosfera strachu i obłędu apogeum osiąga w – moim zdaniem najlepszym w tym zbiorze – opowiadaniu „Domowe błazny”), jednak nie przytłacza, co jest zasługą specyficznego poczucia humoru autora i jego umiejętności lawirowania pomiędzy sensem i nonsensem. Opowiadania zbudowane są wokół sprzecznych namiętności i przeciwstawnych pierwiastków, co potęguje wrażenie groteski, a jednocześnie Gaston potrafi tchnąć – w sposób często zupełnie niespodziewany – surrealistyczny komizm w sytuacje bezsprzecznie dramatyczne, czy wręcz koszmarne.

Za ten rollercoaster przez gastonowy świat – cudaczny, osobliwy, błazeński i nieobliczalny – dziękuję tłumaczom, obojgu razem (za jak zawsze bezkompromisowy i soczysty przekład oraz wysiłek włożony w przełożenie niuansów, ironii, parodii, podtekstów i dwuznaczności, mających absolutnie kluczowe znaczenie dla nośności opowieści i oddania stylu autora) i każdemu z osobna – Krzysztof Majer za przybliżenie twórczości Kanadyjczyka w „Poradniku autosabotażysty” i znakomity wybór opowiadań, a Kai Gucio za moje ulubione zdanie: „Dla kogo słowa wypowiadane przez cały dzień to zaledwie zaprawa przed kłamstwem zasadniczym, płodzonym po nocach fioletowym inkaustem w imię sztuki” („One whose voice all day was but a dry run for grander lies spawned with purple ink later that night in the name of art”).

A, i jeszcze jedno – nie próbujcie numeru z latawcem.

„Bogowie pokazują klaty”, Bill Gaston, przekład Krzysztofa Majera i Kai Gucio, Wydawnictwo Marginesy, 2019

Tags:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *