Tytułowa “Sekcja zwłok Ameryki” nie ma w sobie nic ze sterylnej autopsji przeprowadzanej na studiach medycznych. Przypomina raczej patroszenie truchła, które przeleżało miesiąc w zatrutych wodach rzeki Detroit – cuchnącego zgnilizną, toczonego przez robactwo, o doszczętnie zniszczonych organach i tkankach w zaawansowanym stadium rozpadu. Owa sekcja nie odbywa się też w lśniącym czystością prosektorium – LeDuff dokonuje jej w zadymionych barach z tanią zakąską i jeszcze tańszą wódką, na śmierdzacych olejami i płynami technicznymi zapleczach ledwie dyszących fabryk i warsztatów, w opuszczonych magazynach kryjących mroczne niespodzianki oraz na ulicach – wyglądających bardziej jak plan postapokaliptycznej produkcji niż miejsce do życia – gdzie na przyjazd karetki i radiowozu czeka się zdecydowanie zbyt długo.

Trup przyciąga padlinożerców – różnej maści beneficjentów upadku tego „miasta jednorazowego użytku”, wyeksploatowanego do granic możliwości, a następnie porzuconego przez wszystkich: włodarzy, przemysłowców, związkowców. Stojąc nad zwłokami LeDuff mówi: „sprawdzam” i wykonuje cięcie za cięciem, odsłaniając kolejne warstwy degrengolady i ślady żerowania różnorakich hien: wszechobecną niekompetencję i łapówkarstwo, rozbuchaną do granic biurokrację, marnotrawstwo środków federalnych, a wreszcie jawne wręcz rozkradanie publicznego majątku przez osoby powołane do sprawowania nad nim pieczy. Do ponurego korowodu morderców, podpalaczy, kanciarzy, oszustów, wytrawnych graczy i politykierów dołączają też filantropi na pokaz, uprawiający bezczelną autopromocję na nieszczęściu mieszkańców, rzucając ochłapy tym, którzy do stracenia mają już bardzo niewiele. Żadna instytucja ani żaden urząd nie poczuwa się do odpowiedzialności za miasto, a nieliczne wyjątki – których wysiłkom LeDuff poświęca sporo miejsca – są dramatycznie niedoinwestowane, brak im podstawowego sprzętu i wsparcia, aby skutecznie działać, gdyż po należne im środki wyciąga się mnóstwo lepkich rączek, chwytających resztki z milionowych dotacji, subwencji i programów pomocowych wessanych przez czarną dziurę korupcji i niegospodarności.

Daleko posunięty rozkład zwłok często znacząco utrudnia ich identyfikację. Jaka więc mogłaby być tożsamość tych, które bada LeDuff? Siedmiolatka zastrzelona we własnym domu w wyniku policyjnej pomyłki? Nastoletni narkoman, który pierwszą działkę cracku dostał na placu zabaw? Pracownik zbankrutowanej fabryki próbujący spłacać gigantyczną hipotekę za nieruchomość, której wartość spadła niemal do zera? Bezdomny, którego ciało znaleziono na wpół wmarznięte w prowizoryczne lodowisko? Mnóstwo nazwisk, wiele historii, bardzo niewiele szczęśliwych zakończeń.

Wśród recenzentów i czytelników słychać krytyczne głosy, że głównym bohaterem książek Charliego LeDuffa jest Charlie LeDuff. Nawet jeżeli w tym twierdzeniu tkwi ziarno prawdy (w końcu „Detroit” to również dekonstrukcja jego własnej rodzinnej historii i sposób na uporanie się z jej upiorami), to dopóki pisze on z taką pasją na pograniczu furii i w tak pełnokrwisty, wyrazisty i frapujący sposób, to ja nie mam nic przeciwko (przekład Igi Noszczyk czyta się świetnie, ale już nie mogę doczekać się lektury oryginału). Poza tym odnoszę wrażenie, że autorowi jednak autentycznie zależy na tym mieście i jego mieszkańcach. Nawet jeżeli styl uprawiania reportażu przez LeDuffa przypomina bardziej telewizyjne show i chwilami balansuje na granicy patosu, to właśnie dzięki jego energii i uporowi udało się w ten czy inny sposób pomóc niektórym bohaterom „Detroit” (zmieniając pewne aspekty ich życia na lepsze, spełniając marzenie czy ułatwiając przebrnięcie przez biurokratyczną machinę), niezależnie od pobudek, jakie temu towarzyszyły.

„Detroit. Sekcja zwłok Ameryki”, Charlie LeDuff, przekład Igi Noszczyk, Wydawnictwo Czarne, 2015

Tags:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *