Nie ma miłości, nie ma nawet fascynacji – szkoda, jednak liczyłam na coś więcej niż kilka miłych chwil, ale Dazai nie poruszył we mnie żadnej struny, w przeciwieństwie do Mishimy, który zagrał całą suitę. Cóż, życie. Muszę jednak przyznać, że Dazai po mistrzowsku operuje obrazem, więc dam mu drugą szansę i sięgnę po „Zatracenie” – choćby za to, że opisując mozolne spruwanie starego swetra potrafi przywołać wizję tak odległą, jak mglisty różowy świt, jednocześnie opisując ten wręcz archetyp kiczu w sposób daleki od tandety.

Jest jednak jedna rzecz, która we mnie zostanie po lekturze „Zmierzchu” – głos bardzo cenny wobec propagandy sukcesu i rozwoju osobistego uprawianej przez różnej maści socialmedialnych i netfliksowych kaznodziejów (i kaznodziejki) – otóż nie licz na nagrodę za odwagę i bunt, bo jedyne, co Cię czeka z całą pewnością, to wielka, dojmująca samotność. I właśnie to – uczciwe postawienie sprawy, że człowiek na arenie zawsze jest przede wszystkim sam, a odwaga niekoniecznie jest źródłem szczęścia, a wręcz na pewno łączy się z doświadczaniem cierpienia, na które należy po prostu być gotowym – jest dla mnie siłą tej opowieści.

Jednak żeby nie kończyć tak minorowo – „Zmierzch” to nie tylko opowieść o schyłku epoki, niepewności w obliczu końca znanego świata, powojennej traumie, braku przystosowania i niezgodzie na rzeczywistość. Jest to też kameralny obraz relacji, przepełnionych czułością i troską, przyjmujących drugiego człowieka ze „wszystkim jego złym i dobrym” – nawet w czasach tak złych i pozornie pozbawionych nadziei.

I jeszcze jedno – książka jest cudownie wydana, wszystko jest tu wypieszczone i przemyślane w najdrobniejszych szczegółach: papier, wzornictwo liternictwo, kolorystyka… Tajfuny , robicie to dobrze!

„Zmierzch”, Osamu Dazai, przekład Mikołaja Melanowicza, wyd. Tajfuny, 2019

Tags:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *